Budzik zadzwonił o szóstej rano. Codziennie dzwonił o szóstej, poza niedzielą, kiedy to Ania mogła odespać, ale wtedy właśnie Pan Domu, Mąż Ani, Mirek, postanawiał przeważnie wstać wcześniej, czym budził mającą czujny sen żonę. Dzisiaj nie była niedziela, a więc Ania podniosła się, szybko cmoknęła Mirkowy policzek i pobiegła się szykować. Małżonek mruknął tylko przez sen. Szczęściarz ten Mirek - do pracy na dziesiątą, więc może sobie pospać. Nic dziwnego, że w niedzielę zrywa się skoro świt, wyspany i gotowy stawić czoło wolnemu dniu. Gdyby chociaż i sobota była wolna...
Ale dla Ani, nauczycielki, sobota nie była wolna. Oczywiście w szkole lekcji nie było, ale jak to nauczyciel, Ania musiała dorabiać, a że angielski wciąż był w cenie, dawała korepetycje. Codziennie po szkole, a do tego jeszcze przez pół soboty jeździła po mieście ucząc co mniej rozgarnięte dzieciaki, żeby w ogóle nadążały za programem oraz te bystrzejsze, które z angielskiego chciały zdawać maturę.
Prysznic jak zwykle nieco ją orzeźwił. W lepszym już humorze poczłapała do kuchni i włączyła ekspres. Mniej więcej w połowie przygotowywania śniadania, poszła do pokoju Stasia, by obudzić syna. Gdy skończyła robić kanapki, ten wyszedł z pokoju i bez słowa usiadł przy stole. Nie zaczepiała go - sama nie lubiła rozmawiać zaraz po przebudzeniu, choć Mirek zdawał się tego nie zauważać i w każdą niedzielę trajkotał jak porąbany, zanim ona jeszcze doszła do siebie. Jedli w milczeniu, po czym Staś pomaszerował do łazienki. Ania nie umiała myśleć o nim inaczej niż "Staś", choć chłopak miał już prawie siedemnaście lat. Poszła się ubrać.